Loteria życia
Założony w 1741 roku przez Thomasa Corama Foundling Hospital - dom dla porzuconych niemowląt przyjął około 27 tysięcy dzieci. Każde otrzymywało nowe imię i nazwisko, a często jedynym śladem po biologicznej rodzinie pozostawał niewielki przedmiot zamknięty w archiwalnej teczce.
W pierwszych latach działalności o losie niemowlęcia decydował przypadek. Matka lub opiekun losowali kulę z woreczka. Biała dawała szansę na badanie lekarskie i możliwe przyjęcie, czerwona oznaczała miejsce na liście oczekujących, a czarna zamykała drzwi bez dalszych pytań.
Dla około dwóch na trzech kobiet losowanie kończyło się odmową. Dla wielu była to ostatnia szansa.To właśnie wtedy wiele matek zostawiało przy dzieciach drobne przedmioty z nadzieją, że kiedyś pomogą potwierdzić ich tożsamość.
Z czasem zasady jeszcze bardziej zaostrzono. Od 1801 roku przyjmowano wyłącznie dzieci nieślubne, pierworodne, zdrowe i młodsze niż rok. Oceniano również matki, ich opinię, moralność i sposób życia.
Oficjalnie miało to chronić placówkę przed nadużyciami. W praktyce urzędnicy decydowali, która kobieta zasługuje na pomoc.
Szpital rozwijał się także dzięki wsparciu lekarza króla Jerzego II, doktora Richarda Meada. Pracował bez wynagrodzenia i pomagał stworzyć własną opiekę medyczną, aptekę oraz szkołę dla wychowanków.
Tkanina, wstążka, moneta
Kobiety oddające dzieci między 1740 a 1760 rokiem niemal zawsze zostawiały przy nich drobny przedmiot. Guzik, monetę, skrawek materiału, pierścionek albo wstążkę. Nie były to pamiątki. Były dowodem. Miały pomóc udowodnić, że dziecko naprawdę do nich należało, jeśli kiedyś uda się po nie wrócić.
Wiele z tych drobiazgów miało wcześniej zupełnie inne znaczenie. Były symbolem miłości, zaręczyn albo obietnicy wspólnego życia. Kiedy przyszły ojciec wycofywał się z obietnicy małżeństwa, samotna kobieta często zostawała bez środków do życia. Dla wielu jedynym wyjściem było oddanie dziecka do Foundling Hospital.
Po przyjęciu niemowlę otrzymywało chrzest oraz nowe imię i nazwisko. Formalnie przestawało należeć do swojej dotychczasowej rodziny. Ten niewielki przedmiot trafiał do akt i nigdy nie był pokazywany dziecku.
W XIX wieku część tych przedmiotów wyjęto z dokumentów i wystawiono publicznie, nie zapisując już, do którego dziecka należały. W wielu przypadkach oznaczało to bezpowrotną utratę ostatniej szansy na odtworzenie rodzinnej historii.
Esther Doherty
Nie każda matka godziła się z rozstaniem. W czerwcu 1757 roku wdowa Esther Doherty oddała do szpitala 3-miesięcznego syna Johna. Nie zostawiła przypadkowego przedmiotu. Przygotowała notatkę identyfikacyjną i zachowała jej kopię. Pracownicy dodatkowo przecięli fragment ubranka chłopca. Jedna część trafiła do archiwum, druga została przy matce.
Dwa tygodnie później Esther wróciła po dziecko. Personel porównał notatkę i fragment materiału z dokumentami. Wszystko się zgadzało. Chłopiec został odnaleziony pod numerem 13239. W międzyczasie otrzymał już nowe nazwisko: Godfrey Coke.
Dzięki dokładnym zapisom personel wiedział, gdzie przebywa chłopiec. Trafił pod opiekę mamki Hannah Blake w Berkshire, a nadzór nad jego wychowaniem sprawował pastor George Talbot. W XVIII wieku tak szczegółowe śledzenie losów dziecka należało do rzadkości.
Większość niemowląt trafiała najpierw do mamek na wieś. Do szpitala wracały zwykle między 3 a 6 rokiem życia i pozostawały pod jego opieką aż do ukończenia 21 lat. Tylko nieliczne biologiczne matki zdołały odzyskać swoje dzieci.
Dzieci bez przeszłości
W Foundling Hospital wszystko podporządkowano dyscyplinie. Dzieci nosiły jednakowe ubrania, miały identyczne fryzury i żyły według tego samego planu dnia. Na indywidualność nie było tu miejsca. Liczyły się porządek i posłuszeństwo.
Harold Tarrant, który trafił do placówki zimą 1912 roku, po latach wspominał przemoc, surową dyscyplinę i kiepskie jedzenie. Doceniał zdobyte wykształcenie zawodowe, ale po latach mówił wprost, że nie chciałby przeżyć tego jeszcze raz.
Zupełnie inaczej wspominała pobyt Mary Bentley, przyjęta w marcu 1926 roku, już po przeniesieniu szpitala z Bloomsbury do Redhill. Sam moment przyjęcia zapamiętała jako bolesny i upokarzający, jednak później dobrze oceniała szkołę oraz opiekę medyczną. Po latach odnalazła biologiczną matkę i utrzymywała z nią kontakt aż do jej śmierci.
Ślady, które przetrwały
Dziś badacze, między innymi Janette Bright, Gillian Clark i John Styles, próbują ponownie połączyć zachowane przedmioty z dokumentami konkretnych dzieci. Dzięki ich pracy udało się odtworzyć część rodzinnych historii. Wiele z nich pozostanie jednak tajemnicą, ponieważ ślady zatarły decyzje podjęte jeszcze w XIX wieku.
W archiwach Foundling Hospital nadal spoczywają tysiące guzików, monet, wstążek i skrawków materiału. Przetrwały dłużej niż pamięć o większości ich właścicieli. Dziś często są jedynym dowodem na to, że te dzieci miały kiedyś własną rodzinę.