Mała pasażerka z naklejonymi znaczkami
Bohaterką najsłynniejszej z tych historii została czteroletnia Charlotte May Pierstorff. W 1914 roku jej rodzice postanowili odwiedzić babcię mieszkającą jakieś 120 kilometrów od ich domu w Idaho, tyle że kolejowy bilet okazał się sporym wydatkiem. Rozwiązanie znaleźli w urzędzie pocztowym, gdzie taryfa paczkowa zależała przede wszystkim od wagi.
Charlotte ważyła mniej niż ówczesny górny limit dla przesyłki, więc formalnie mieściła się w przepisach. Znaczki o łącznej wartości kilkudziesięciu centów przyklejono jej do płaszczyka, a opiekę nad dziewczynką sprawował krewny matki, pracujący akurat w wagonie pocztowym.
Nie była więc rzucona losowi ani podrzucona pierwszemu lepszemu urzędnikowi.
Podróż przebiegła spokojnie i dziewczynka dotarła do babci cała i zdrowa. Sprawa zrobiła jednak głośne wrażenie, bo naczelnik poczty Albert S. Burleson natychmiast wydał zakaz przyjmowania dzieci jako przesyłek.
Przepisy nigdy zresztą nie przewidywały takiej możliwości, choć dopuszczały transport pszczół i innych owadów, co tylko podkręcało absurd całej sytuacji.
Listonosz jako jedyne okno na świat
Żeby zrozumieć, jak rodzice w ogóle mogli wpaść na podobny pomysł, trzeba pamiętać o realiach amerykańskiej prowincji sprzed stu lat. Na rozproszonych farmach listonosz bywał jedynym regularnym łącznikiem ze światem, znał wszystkich po imieniu i często zostawał na kawie. Zaufanie do munduru z odznaką poczty było ogromne i graniczyło z familiarnością.
Mimo zakazu wydanego po sprawie Charlotte kolejne próby pojawiły się już w następnym roku. W 1915 roku wagonami pocztowymi podróżowały między innymi sześcioletnia Edna Neff i trzyletnia Maud Smith.
Urzędnicy z reguły przymykali oko, jeśli dziecko jechało pod opieką znajomego pocztowca, ale oficjalne stanowisko stawało się coraz twardsze.
Jeszcze w 1920 roku poczta konsekwentnie odrzucała takie prośby, w tym dość kuriozalne podanie złożone przez samą dziewięciolatkę, która najwyraźniej postanowiła załatwić sobie podróż na własną rękę. Historyczka Nancy Pope, badająca temat przez lata, znalazła zaledwie dwa pewnie udokumentowane przypadki przewozu dziecka.
Cała opowieść o "dzieciach na znaczki" była więc raczej barwnym wyjątkiem niż codzienną praktyką amerykańskiej prowincji, choć doskonale pokazuje, jak cienka bywała granica między pomysłowością a zdrowym rozsądkiem.