Odświętne ubranie
Na przełomie XIX i XX wieku wiejska garderoba była zwykle bardzo skromna. Codzienne rzeczy zużywano podczas pracy, natomiast najlepsze ubrania przechowywano w skrzyniach.
Wyjmowano je na święta, wesela i chrzciny. Po uroczystości wracały na swoje miejsce, gdzie czekały na następną okazję.
Dobra tkanina kosztowała dużo. Ubranie szyto więc z myślą o wielu latach używania, a czasem również o kolejnych właścicielach.
Na Dolnych Łużycach zdarzało się, że panna młoda zakładała suknię należącą wcześniej do matki lub babki. Nie wynikało to jedynie z przywiązania do rodzinnej tradycji.
Nowy strój weselny był wydatkiem, na który wiele gospodarstw nie mogło sobie pozwolić. Odziedziczona suknia rozwiązywała problem i nadal podkreślała wyjątkowy charakter uroczystości.
Odzież przerabiano także wtedy, gdy zmieniał się jej właściciel. Poszerzano szwy, skracano rękawy albo dopasowywano krój do nowej sylwetki.
Jedna para butów na kilka osób
Jeszcze większą wartość miało obuwie. W biedniejszych domach liczba par bywała mniejsza niż liczba mieszkańców.
O tym, kto założy buty, decydowała potrzeba i pozycja w rodzinie. Pierwszeństwo otrzymywał zazwyczaj gospodarz jadący na targ, do urzędu albo do kościoła.
Pozostali musieli czekać. Brak obuwia mógł oznaczać rezygnację z wyjścia, nawet gdy chodziło o ważną uroczystość.
Skórzane buty noszono przez wiele lat. Każda kolejna naprawa zmieniała ich wygląd, lecz pozwalała odsunąć koszt zakupu nowej pary.
Wymieniano podeszwy, łatano cholewki i wzmacniano zużyte miejsca. Z czasem w bucie mogło pozostać niewiele pierwotnego materiału.
Nie miało to większego znaczenia, dopóki obuwie chroniło stopę przed błotem, kamieniami i zimnem. Wygląd był sprawą drugorzędną.
Wiejski szewc
Szewstwo należało do popularnych zajęć dodatkowych. W Dzikowcu przed II wojną światową miało się nim trudnić około dwudziestu mieszkańców.
Nie wszyscy prowadzili pełne warsztaty. Część pracowała przy butach między zajęciami w gospodarstwie.
Najwięcej zleceń dotyczyło napraw. Nowe obuwie coraz częściej pochodziło z fabryk, ale jego cena pozostawała poza zasięgiem wielu rodzin.
Do szewca trafiały więc pary mocno zużyte. Rzemieślnik miał sprawić, aby wytrzymały jeszcze jedną zimę albo kolejny sezon pracy.
Wstawiał kawałki skóry, przybijał podeszwy i wzmacniał miejsca, które zaczynały się rozpadać. Ta sama para mogła wracać do niego wielokrotnie.
Dopiero obuwie, którego nie dało się już uratować, przestawało być używane. Nawet wtedy zachowane fragmenty skóry mogły przydać się do innych napraw.
Zimą tańszą alternatywą były drewniaki i trepy. Nie zapewniały takiej ochrony jak lepsze buty, ale pozwalały przejść przez śnieg i błoto.
Bose dzieci na drogach i polach
W cieplejszych miesiącach wiele dzieci chodziło boso. Dotyczyło to zarówno zabawy, jak i pracy przy wypasie zwierząt.
Pastuch wychodził z domu wczesną wiosną i wracał z łąk późną jesienią. Zimna ziemia, ściernisko i kamienie szybko raniły stopy.
Drobne skaleczenia traktowano jako część codzienności. Większym zagrożeniem były głębsze rany i zakażenia.
Domowe sposoby leczenia nie zawsze pomagały. Rany przemywano moczem, a na ropnie nakładano środki, które mogły jeszcze pogorszyć stan chorego.
Brak dostępu do lekarza sprawiał, że rodzina korzystała z metod przekazywanych przez starsze pokolenia. Skuteczność wielu z nich była przypadkowa.
Mimo to dzieci nadal chodziły do pracy. W gospodarstwie każda para rąk miała znaczenie, niezależnie od wieku.
Brak butów zamykał drogę do szkoły
Powszechny obowiązek szkolny wprowadzono w Polsce w 1919 roku. Sam przepis nie wystarczył jednak, aby wszystkie dzieci regularnie pojawiały się na lekcjach.
Na wsi droga do szkoły mogła liczyć kilka kilometrów. Zimą bez odpowiednich butów stawała się niemożliwa do pokonania.
Nauczyciele odnotowywali długie nieobecności tych samych uczniów. Najwięcej dzieci opuszczało zajęcia od późnej jesieni do początku wiosny.
Nie zawsze chodziło o pracę w gospodarstwie albo niechęć rodziców do nauki. Czasem jedyną przeszkodą była jedna brakująca para butów.
Parafie i gminy organizowały zbiórki obuwia dla najbiedniejszych. Pomoc docierała jednak tylko do części potrzebujących.
Nawet dzieci, które dotarły do szkoły, nie zawsze mogły się ogrzać. W wiejskich klasach brakowało również opału.
Pierwsze własne buty stawały się więc ważnym wspomnieniem. Dla człowieka wychowanego w ubóstwie oznaczały nie tylko wygodę, lecz także swobodę wyjścia z domu.