Mówili, że rower zepsuje kobiety. Dziś trudno w to uwierzyć

Najpierw musiały zdjąć gorset. Dopiero potem mogły wsiąść na rower. Pod koniec XIX wieku dwa koła dały kobietom coś, czego wcześniej często im odmawiano: swobodę poruszania się, samodzielność i poczucie niezależności.

Kobieta z rowerem pod koniec XIX wiekuKobieta z rowerem pod koniec XIX wieku
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Gorset kontra siodełko

Na pierwszy rzut oka rower był tylko nowym środkiem transportu. W rzeczywistości zaczął zmieniać codzienne życie kobiet szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.

Największą przeszkodą nie były jednak dwa koła. Był nią gorset. W ciężkiej sukni, turniurze i sztywnym gorsecie jazda była praktycznie niemożliwa. Kobiety, które chciały korzystać z roweru, musiały najpierw zmienić sposób ubierania się.

Tak rozpoczęła się cicha rewolucja. Ciężkie, wielowarstwowe stroje stopniowo ustępowały miejsca lżejszym ubraniom.

Coraz większą popularność zdobywały także bloomersy - szerokie spodnie sięgające poniżej kolan, które zapewniały znacznie większą swobodę ruchów. Dla jednych były zgorszeniem, dla innych symbolem nowoczesności.

Jedną z pierwszych kobiet, które otwarcie mówiły o tej zmianie, była Frances Willard. Znana działaczka społeczna nauczyła się jeździć na rowerze dopiero jako dojrzała kobieta. Swoje doświadczenia opisała w wydanej w 1895 roku książce "A Wheel Within a Wheel".

Nie pisała wyłącznie o technice jazdy. Przekonywała, że kobieta nie powinna podporządkowywać stroju modzie, jeśli ogranicza on swobodę ruchów. Wygodny ubiór nie był dla niej fanaberią, lecz warunkiem niezależności.

Dla wielu czytelniczek książka stała się czymś więcej niż poradnikiem. Pokazywała, że kobieta nie musi wybierać między elegancją a wolnością.

Prawa kobiet

Liderki amerykańskiego ruchu sufrażystek bardzo szybko dostrzegły, że rower daje kobietom znacznie więcej niż możliwość rekreacji. Elizabeth Cady Stanton uważała, że samodzielna jazda uczy odwagi, odpowiedzialności i wiary we własne możliwości. Jej zdaniem właśnie takich cech potrzebowały kobiety walczące o swoje miejsce w życiu publicznym.

Jeszcze dalej poszła Susan B. Anthony. Nie miała wątpliwości, że rower zrobił dla wyzwolenia kobiet więcej niż wiele innych wynalazków swojej epoki.

Nie chodziło wyłącznie o przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Chodziło o poczucie wolności, którego wcześniej wiele kobiet po prostu nie doświadczało.

Własna droga

Dla współczesnych kobiet samodzielna przejażdżka rowerem nie wydaje się niczym niezwykłym.

Pod koniec XIX wieku samotna podróż kobiety budziła zdziwienie, a często także dezaprobatę. Za rzecz naturalną uważano, że powinien towarzyszyć jej mąż, ojciec, brat albo inny męski opiekun.

Rower zaczął podważać ten porządek. Po raz pierwszy tysiące kobiet mogły same zdecydować, dokąd pojadą, kiedy wyjadą z domu i jaką trasę wybiorą. Nie musiały prosić nikogo o zgodę ani czekać, aż ktoś będzie miał dla nich czas.

Nie była to wielka polityczna manifestacja, tak wyglądała codzienna praktyka wolności. Każdy kolejny przejazd oswajał społeczeństwo z widokiem kobiety, która sama porusza się po mieście, robi zakupy, odwiedza znajomych czy jedzie do pracy.

Nie wszystkim się to podobało. Konserwatywne gazety alarmowały, że rower odbiera kobietom skromność i zachęca do zbyt dużej niezależności.

Pojawiali się również lekarze przekonujący, że jazda może szkodzić kobiecemu zdrowiu, a nawet utrudniać macierzyństwo. Dziś wiadomo, że takie obawy nie miały naukowych podstaw.

Wybrane dla Ciebie