Tańczące miasto
Mąż próbował zaciągnąć Troffeę do domu. Następnego dnia znów stała na ulicy i tańczyła na poranionych, opuchniętych stopach, jakby ciało przestało jej słuchać.
Sąsiedzi patrzyli. Potem zaczęli powtarzać jej ruchy. W tydzień dołączyło do niej ponad 30 osób.
Mania rozlewała się po mieście z przerażającą prędkością. Ludzie tańczyli w domach, na placach, w salach miejskich, nie robiąc prawie przerw na jedzenie i sen. Rada miejska stała bezradna, a strach rósł z każdym dniem.
Zabijał ich głód, wyczerpanie i zawał serca. Do dziś nie wiadomo, ilu dokładnie tancerzy tak zapłaciło za ten trans.
Ostatni ratunek
W końcu władze sięgnęły po rozwiązanie, które wydawało się jedyne. Tancerzy przewieziono do sanktuarium świętego Wita, patrona uważanego za obrońcę przed takimi przypadkami.
Kroniki z epoki mówią, że po odprawionych rytuałach epidemia zaczęła wygasać. Zapisało ją 6 niezależnych relacji z tamtych czasów i to właśnie dzięki nim znamy tę historię tak dokładnie.
Strasburg nie był wyjątkiem. Był tylko najgłośniejszym z wielu. Podobne wybuchy masowego, niekontrolowanego tańca odnotowywano od VII do XIX wieku na różnych kontynentach.
Historycy nazwali to zjawisko choreomanią. Najwięcej przypadków przypadło na lata od XIV do XVII wieku, głównie w Europie. Dlatego choroba kojarzy się dziś przede wszystkim ze średniowieczem i renesansem.
Fenomen przyciągał artystów. W 1592 roku niderlandzki malarz Pieter Brueghel II uwiecznił temat na płótnie znanym jako "Tancerze świętego Jana w Molenbeeck".
Pokazał ludzi w transie, poddanych sile, której nie da się wytłumaczyć rozumem. Choreomania na stałe weszła do wyobraźni epoki jako symbol irracjonalnego strachu i zbiorowego szaleństwa.
Zaraźliwy śmiech
450 lat po tańcu Troffei, w 1963 roku, w szkole misyjnej w Tanganice, dzisiejszej Tanzanii, wydarzyło się coś zupełnie innego, a jednak dziwnie podobnego. Kilka uczennic zaczęło się niekontrolowanie śmiać.
Śmiech przeskoczył na kolejne dziewczynki, potem na całą szkołę. Władze zamknęły placówkę, ale to niczego nie zatrzymało. Fala rozlała się na rodziny i całe wioski.
Lekarze naliczyli kilkaset przypadków, a każdy wybuch trwał zwykle około tygodnia.
Badacz Waller zestawił oba przypadki i wskazał wspólny mechanizm. Psychiczna zaraźliwość połączona z transem.
Silny stres i presja grupy otwierają drogę zachowaniom, które błyskawicznie przejmuje reszta. Ciało zaczyna działać niezależnie od woli, a otoczenie tę reakcję wzmacnia i podtrzymuje.
Współczesna antropologia znajduje echa choreomanii w rytuałach praktykowanych do dziś, między innymi w Brazylii, na Madagaskarze i w Kenii. Uczestnicy wchodzą w trans dobrowolnie albo pod wpływem ogromnego napięcia, a ich ciała przestają rejestrować ból i zmęczenie. Mechanizm przypomina Strasburg, choć kultura wokół niego wygląda zupełnie inaczej.