Zwykły dzień
Phineas Gage urodził się w lipcu 1823 roku w New Hampshire. Dorastał w rodzinie farmerskiej, potrafił czytać i szybko znalazł pracę przy budowie kolei, która w połowie XIX wieku zmieniała Stany Zjednoczone.
Nie był szeregowym robotnikiem. Pracował jako brygadzista przy Rutland and Burlington Railroad w Vermont i odpowiadał za najbardziej niebezpieczny etap robót, odstrzały skał. Przełożeni cenili go za opanowanie, rozsądek i umiejętność kierowania ludźmi.
Jeden błąd
13 września 1848 roku ten dzień miał wyglądać jak setki wcześniejszych dni. Około godziny 16.30 Gage ubijał ładunek wybuchowy długim żelaznym prętem. Tym razem zabrakło warstwy piasku oddzielającej metal od prochu.
Wystarczyło jedno uderzenie.Iskra zapaliła materiał wybuchowy, a pręt o długości ponad metra i wadze około 6 kilogramów wystrzelił z ogromną siłą. Wbił się pod lewy policzek, przeszedł przez mózg i wyleciał przez górną część czaszki. Spadł kilkadziesiąt metrów dalej.
Człowiek, który wstał
Świadkowie nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli. Po krótkich drgawkach Gage odzyskał przytomność. Rozmawiał z kolegami, przeszedł o własnych siłach kilka kroków i usiadł na wozie, który zawiózł go do miejsca zakwaterowania.
Lekarze Edward Williams i John Martyn Harlow zastali go przytomnego. Obaj później przyznawali, że nigdy wcześniej nie widzieli człowieka z tak rozległym urazem mózgu, który zachował świadomość.
Nie ten sam człowiek
10 dni po wypadku wydawało się, że Gage jednak umrze. Rozwinęło się ciężkie zakażenie, a lekarze praktycznie stracili nadzieję. Po raz kolejny ich zaskoczył.
Stan zaczął się poprawiać. Z czasem odzyskał siły, mówił płynnie, poruszał się samodzielnie i nie miał problemów z pamięcią.
Pojawiło się jednak coś, czego nie dało się zobaczyć na zdjęciu rentgenowskim, bo jeszcze ich nie było. Zmieniło się jego zachowanie.
Znajomi opisywali go jako człowieka bardziej impulsywnego, niecierpliwego i skłonnego do przeklinania. Trudniej było mu podporządkować się planowi i utrzymać dawną dyscyplinę.
To właśnie wtedy lekarze zaczęli poważnie zastanawiać się, czy płaty czołowe odpowiadają nie tylko za ruch, lecz także za osobowość.
Narodziny mitu
Historia Gage'a szybko zaczęła żyć własnym życiem. Z czasem powtarzano, że spokojny i odpowiedzialny brygadzista zamienił się w człowieka całkowicie pozbawionego zasad.
Najnowsze badania pokazują jednak znacznie bardziej złożony obraz. Historycy, analizując ponad 830 publikacji prasowych z XIX wieku, zauważyli, że większość sensacyjnych opisów pojawiła się dopiero po śmierci Gage'a. To wtedy narodził się mit o człowieku, którego uraz mózgu całkowicie zmienił w kogoś innego.
Drugie życie
W 1852 roku Gage wyjechał do Chile. Pracował jako woźnica dyliżansu na długich trasach, przewożąc pasażerów przez góry. Było to zajęcie wymagające odpowiedzialności, dobrej orientacji w terenie i sprawności.
Trudno pogodzić ten fakt z obrazem człowieka całkowicie niezdolnego do normalnego funkcjonowania. Lekarze, którzy spotykali go w tym okresie, opisywali go jako osobę radzącą sobie z codziennym życiem. To sugeruje, że przynajmniej część zmian po urazie mogła z czasem osłabnąć.
W 1859 roku Gage wrócił do Kalifornii, gdzie mieszkała jego matka i siostra. Kilka miesięcy później zaczął cierpieć na napady padaczkowe. Zmarł 21 maja 1860 roku, mając zaledwie 36 lat. Za najbardziej prawdopodobną przyczynę śmierci uznaje się późne następstwa urazu mózgu odniesionego 12 lat wcześniej.
Ślad po pręcie
Po śmierci rodzina zgodziła się na ekshumację.Czaszka i żelazny pręt trafiły do doktora Johna Martyna Harlowa, który wykorzystał je do przygotowania szczegółowego opisu medycznego.
Dziś oba eksponaty znajdują się w Warren Anatomical Museum przy Harvard Medical School. Współczesne rekonstrukcje komputerowe pokazały, że pręt uszkodził przede wszystkim lewy płat czołowy. Nie naruszył prawej półkuli, głównych naczyń ani komór mózgu.
To pomaga wyjaśnić, dlaczego Gage zachował mowę, pamięć i sprawność ruchową, a jednocześnie stał się jednym z najważniejszych przypadków w historii neurologii. Nie dlatego, że przeżył. Dlatego, że zmusił lekarzy do zadania pytania, którego wcześniej niemal nikt nie stawiał: czy osobowość człowieka ma swoje miejsce w mózgu.