Zapomniany pionier inkubatorów. Ratował dzieci na oczach tłumu

Tysiące ludzi kupowały bilety, żeby oglądać wcześniaki walczące o życie. Dla jednych była to niezwykła atrakcja lunaparku. Dla innych jedyna szansa, by uratować dziecko. Tak narodziło się miejsce, które wyprzedziło medycynę o całe dekady.

Pielęgniarka kąpie wcześniaka w wystawie inkubatorówPielęgniarka kąpie wcześniaka w wystawie inkubatorów
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Wbrew wszystkim

Na początku XX wieku dziecko urodzone przedwcześnie miało niewielkie szanse na przeżycie. Szpitale rzadko dysponowały inkubatorami, a wielu lekarzy uważało, że ratowanie tak słabych noworodków nie ma większego sensu. Pogląd ten wzmacniały popularne wówczas idee eugeniczne, według których nie warto było inwestować w życie dzieci uznawanych za zbyt słabe.

Martin Couney był przekonany, że lekarze popełniają błąd. Wykształcenie medyczne zdobył jeszcze przed 1903 rokiem. Uczył się od Pierre'a Budina, francuskiego pediatry uznawanego za pioniera stosowania inkubatorów.

To właśnie od niego przejął przekonanie, że wcześniaki nie umierają dlatego, że urodziły się zbyt wcześnie, lecz dlatego, że nie zapewnia się im odpowiednich warunków. O ich życiu decydują temperatura, higiena i nieprzerwana opieka.

W Stanach Zjednoczonych niewielu lekarzy podzielało ten pogląd. Dyskusja toczyła się nie wokół tego, jak ratować wcześniaki, ale czy w ogóle warto to robić.

Couney nie zamierzał czekać, aż medycyna zmieni zdanie. Postanowił udowodnić, że ma rację.

W 1903 roku otworzył na Coney Island, w Luna Park, wystawę żywych wcześniaków umieszczonych w inkubatorach. Zwiedzający płacili 25 centów za bilet. Z tych pieniędzy finansowano całodobową opiekę medyczną, personel i mamki. Rodzice nie ponosili żadnych kosztów. Dzięki temu nawet najbiedniejsze rodziny z Nowego Jorku mogły otrzymać pomoc, której nie oferowała większość szpitali.

Kilkanaście metrów od inkubatorów przechodzili kolejni zwiedzający, a za ich plecami obracały się karuzele. Po drugiej stronie szyby personel walczył o życie najmniejszych pacjentów. Dwa światy dzieliło zaledwie kilkanaście kroków.

Ogień nad inkubatorami

Pomysł okazał się skuteczny. Couney rozszerzył działalność na Dreamland, drugi park rozrywki na Coney Island, gdzie prowadził swoją ekspozycję w latach 1904–1911. Latem 1911 roku Dreamland stanął w płomieniach.

Gdy ogień obejmował kolejne atrakcje, personel wynosił z budynku inkubatory z niemowlętami. Liczyła się każda sekunda. Wszystkie dzieci udało się uratować.

Po pożarze nie ucichły jednak wątpliwości. Krytycy przekonywali, że mali pacjenci powinni trafiać wyłącznie do szpitali, a nie być częścią lunaparkowej atrakcji.

Problem polegał na tym, że szpitale wciąż nie były przygotowane do opieki nad wcześniakami. To właśnie w placówkach Couneya wiele z nich otrzymywało leczenie, którego gdzie indziej zwyczajnie nie mogło dostać.

Dzieci wróciły do domu

Dopiero współpraca z Juliusem Hessem zaczęła zmieniać sposób, w jaki na Couneya patrzyło środowisko medyczne. Hess należał do najwybitniejszych amerykańskich pediatrów i później został współautorem pierwszego podręcznika poświęconego wcześniakom.

Podczas wystawy światowej w Chicago w latach 1933–1934 stworzyli nowoczesną placówkę wartą 75 tysięcy dolarów. Dzieci przywożono tam prosto z miejskich szpitali, a wpływy z biletów pomagały finansować ich leczenie.

25 lipca 1934 roku nie przemawiały już teorie ani przypuszczenia. Na scenę weszły dzieci, które jeszcze rok wcześniej walczyły o życie w inkubatorach, obok nich stanęły ich matki. Z 58 wcześniaków przeżyło 41.

Wydarzenie transmitowało radio. Relacji słuchały tysiące Amerykanów. Człowiek, którego przez lata wielu lekarzy traktowało z pobłażaniem, zaczął być postrzegany jako pionier. Liczby mówiły same za siebie.

Liczby nie kłamią

Do 1939 roku przez placówki Couneya przewinęło się ponad 8 tysięcy wcześniaków. Około 6,5 tysiąca z nich przeżyło.

Skuteczność sięgająca 85 procent robiła ogromne wrażenie. Wiele renomowanych klinik nie osiągało wówczas podobnych wyników. Trudno było nadal przekonywać, że dzieci urodzone zbyt wcześnie są z góry skazane na śmierć.

Sukces miał jednak swoją cenę. Podczas wystawy światowej w Nowym Jorku w 1939 roku koszty prowadzenia ekspozycji zaczęły przewyższać wpływy z biletów. Model, który przez lata pozwalał ratować najmniejszych pacjentów, przestawał się bilansować.

Spóźnione zwycięstwo

W 1943 roku Martin Couney zamknął swoją placówkę na Coney Island. Frekwencja malała, zmarła jego żona, a on sam był już schorowany i zmagał się z długami.

Paradoksalnie właśnie wtedy wygrał. W tym samym roku Cornell Hospital w Nowym Jorku otworzył pierwszy specjalistyczny oddział dla wcześniaków. W praktyce wykorzystywał metody, które Couney rozwijał przez cztery dekady poza murami szpitali. To, co przez lata uchodziło za dziwaczną atrakcję lunaparku, stało się częścią nowoczesnej medycyny.

Martin Couney zmarł w 1950 roku w Sea Gate niemal zapomniany. Kiedy odchodził, szpitale ratowały wcześniaki dokładnie tak, jak robił to przez 40 lat.

Wybrane dla Ciebie