Bibliotekarki na koniach. Rozwoziły książki w górach

Za 28 dolarów miesięcznie rozwoziły książki konno po górach Kentucky. Docierały do domów niedostępnych dla samochodów, a ze zniszczonych tomów i gazet potrafiły zrobić nowe książki.

Przed biblioteką w Hindman, 1938 r. Fot. WPA / National ArchivesPrzed biblioteką w Hindman, 1938 r. Fot. WPA / National Archives
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Biblioteka przyjeżdża do czytelnika

Do niektórych osad na wschodzie amerykańskiego stanu Kentucky można było dotrzeć tylko górskimi ścieżkami i korytami potoków. W latach 30. XX wieku pojawiły się tam bibliotekarki na koniach i mułach, z torbami pełnymi książek przy siodłach. Odwiedzały mieszkańców odległych domów, wiejskie szkoły i górników, którzy nie mogli wychodzić z domu.

W Hindman raz w tygodniu spotykały się w bibliotece, żeby uzupełnić torby przed kolejnymi wyjazdami. Same punkty biblioteczne mieściły się w dostępnych pomieszczeniach, także w kościołach i placówkach pocztowych.

Pracę finansowała WPA, amerykańska agencja, która w czasie wielkiego kryzysu zatrudniała bezrobotnych przy pracach publicznych. We wschodnim Kentucky zamykano kopalnie, a mieszkańcom coraz trudniej było się utrzymać.

Projekt dawał zatrudnienie przede wszystkim miejscowym kobietom, choć książki rozwozili również nieliczni mężczyźni.

28 dolarów i własny koń

Za miesiąc pracy otrzymywały 28 dolarów, ale konia lub muła musiały zapewnić sobie same. Jeździły własnymi zwierzętami albo wynajmowały je od sąsiadów. Do tego dochodziły koszty karmienia i utrzymania zwierzęcia.

Tygodniowo pokonywały nawet około 190 kilometrów. Na stromych odcinkach, zwłaszcza gdy ścieżki były błotniste lub zasypane śniegiem, zsiadały i prowadziły zwierzęta. Zimą przeprawiały się przez potoki, a stopy marzły im w strzemionach.

Jedna z relacji mówi o pracownicy, której zdechł muł. Nie przerwała dostarczania książek: przeszła trasę pieszo, z ładunkiem na własnych plecach. Miała w ten sposób pokonać blisko 29 kilometrów.

Pieniędzy potrzebowano również na książki. Lena Nofcier, działaczka wspierająca biblioteki, zachęcała członków stanowej organizacji rodziców i nauczycieli do wpłacania choćby po jednym cencie.

Nowa książka dla dzieci kosztowała przeciętnie od 1,75 do 2 dolarów. Pieniądze na zakupy zbierano więc po trochu od wielu osób.

Nowe książki ze starych wycinków

Większość książek i czasopism pochodziła z darów. Pewien dawny mieszkaniec Kentucky, który przeniósł się do Kalifornii, przekazał aż 500 tomów dla upamiętnienia swojej matki. Wśród przesyłanych materiałów było jednak wiele książek mocno zużytych, wymagających naprawy.

Przydawały się nawet stare kartki bożonarodzeniowe: bibliotekarki robiły z nich zakładki, żeby czytelnicy nie zaginali rogów stron. Gdy książka lub czasopismo nie nadawały się już do wypożyczania, wycinały ocalałe opowieści i ilustracje. Sklejały z nich nowe zbiory.

Do takiej książki mogły trafić wycinki z gazet, ilustracje z katalogów nasion i własnoręczne rysunki. Czytelniczki przekazywały też przepisy kulinarne oraz wzory do szycia kołder. Bibliotekarki włączały je do zbiorów i rozwoziły na kolejnych trasach. Przepisy i wzory trafiały również do bibliotek w innych hrabstwach.

Równie pomysłowo urządzano same biblioteki. Karty z informacjami o książkach mieściły się w pudełkach po serze. Zgięte tablice rejestracyjne służyły jako podpórki do tomów, a trzonki mioteł jako stojaki na gazety. Przy oprawianiu tworzonych zbiorów używano nawet podnośnika samochodowego: zastępował prasę do książek.

Książką dzieliła się cała rodzina

W torbach bibliotekarek jechał między innymi "Robinson Crusoe". Pożyczone książki krążyły między dziećmi w klasie i członkami rodziny. Wśród odbiorców były także osoby, które nie umiały czytać. Bibliotekarki czytały im na głos. W domach pomagali również bliscy, którzy potrafili czytać.

Mieszkańcy szukali również praktycznych porad. Interesowały ich opieka nad dziećmi, higiena i odżywianie. Bibliotekarki rozwoziły zatem zarówno opowieści, jak i materiały przydatne w codziennym prowadzeniu domu.

Program zakończono w 1943 roku wraz z likwidacją WPA. Bez pieniędzy na pensje nie dało się dalej rozwozić książek, a część górskich społeczności znów straciła dostęp do biblioteki. Później książki do odległych miejscowości Kentucky zaczęły dowozić biblioteki samochodowe.

Wybrane dla Ciebie