Dzieci umierały szpitalach. Zabijał je brak dotyku

Miały czyste mleko, sterylne sale i fachową opiekę. A mimo to gasły jedno po drugim. Przez dekady lekarze szukali winowajcy wśród zarazków. Prawda okazała się dużo trudniejsza do przyjęcia. Niemowlętom nie brakowało higieny. Brakowało im drugiego człowieka.

Ilustracja poglądowaIlustracja poglądowa
Źródło zdjęć: © Pexels - darmowy dostęp

Skażone powietrze

W brytyjskich szpitalach lat 60. XIX wieku "hospitalism" znaczył coś prostego. Skażoną atmosferę sal, w których infekcja przechodziła z pacjenta na pacjenta szybciej niż gdziekolwiek indziej. Termin czysto sanitarny, bez cienia psychologii.

W 1897 roku Amerykański lekarz Floyd Crandall użył tego samego słowa, żeby opisać alarmującą śmiertelność niemowląt w nowych szpitalach dziecięcych. Od tej chwili pojęcie przestało dotyczyć brudu. Zaczęło określać samą instytucjonalną opiekę nad najmłodszymi.

Niemieccy pediatrzy potraktowali zagadkę jak problem techniczny. Otto Heubner i Heinrich Finkelstein w Berlinie obwiniali zakażenia przenoszone przez ręce personelu i wspólny sprzęt do karmienia. Lekiem miała być aseptyka, czyli odcięcie dziecka od wszystkiego, co mogło zarażać.

Zdradliwa cisza

W celu ograniczenia ryzyka infekcji, pediatrzy izolowali niemowlęta od rodzin, traktując matkę jak część łatwą do zastąpienia przez wyszkolony personel. Dziecko dostawało czyste mleko, sterylne otoczenie i minimum kontaktu z konkretną osobą. Z zewnątrz wyglądało to na triumf nowoczesnej medycyny.

Monachijski pediatra Meinhard von Pfaundler nie dał się przekonać, po 1906 roku zaczął podważać założenie, że higiena i dieta wystarczą do zdrowego rozwoju.

Zwrócił uwagę na coś, co inni brali za dobry znak. Na niezwykłą ciszę panującą na oddziałach dla niemowląt.

Dla Pfaundlera ta cisza nie oznaczała spokoju. Odczytał ją jako wyuczoną rezygnację, reakcję organizmu, który przestał sygnalizować potrzeby, bo nikt na nie nie odpowiadał. To był pierwszy poważny trop, że w hospitalism chodzi o coś więcej niż o zarazki.

Amerykański zwrot

Wątek rozwinął się na dobre dopiero po drugiej wojnie światowej, gdy wiedeńska szkoła badawcza przeniosła się wraz z emigracją do Stanów Zjednoczonych.

W 1945 roku René Spitz i Katherine Wolf opisali niemowlęta z żłobka bez stałej opiekunki. Zauważyli u nich zahamowanie rozwoju, zaburzenia wzrostu, apatię oraz wyraźnie wyższą chorobowość i śmiertelność.

Spitz rozdzielił dwa zjawiska. Hospitalism jako skutek całkowitego braku emocjonalnej opieki i depresję anaklityczną, wynikającą z częściowego rozdzielenia dziecka z matką. Część uszkodzeń, jak ostrzegał, mogła być nieodwracalna.

Rok później nakręcił film "Grief: A Peril in Infancy". Obrazy niemowląt tracących siły i zainteresowanie światem trafiły daleko poza salę wykładową. Temat separacji matki i dziecka przestał być sprawą samych lekarzy.

W 1951 roku brytyjski psychiatra John Bowlby przygotował dla Światowej Organizacji Zdrowia raport "Maternal Care and Mental Health". Sformułował w nim teorię deprywacji macierzyńskiej. Dziecko potrzebuje stałej i uważnej opieki jednej osoby, a jej brak grozi trwałymi skutkami. To była już zupełnie inna diagnoza niż ta sprzed pół wieku.

Twarde liczby

Na przełomie lat 50. i 60. teorię trzeba było jeszcze sprawdzić metodą naukową, nie samą obserwacją. Szwajcarscy badacze zebrali dane 332 dzieci z instytucji i 332 dzieci z rodzin, dobranych tak, by ograniczyć wpływ czynników okołoporodowych.

Test Brunet-Lézine wykazał u dzieci instytucjonalnych niższy poziom rozwoju. Największe różnice dotyczyły języka i umiejętności społecznych. Lepsze wyniki wiązały się z wyższą masą urodzeniową i zachowanym kontaktem z rodziną, a im dłużej dziecko przebywało w instytucji, tym większe było ryzyko opóźnień.

W 1962 roku Światowa Organizacja Zdrowia wraz z badaczami Lebovicim i Ainsworth skorygowała dawne ujęcie hospitalism. Uwzględniła krytykę samego terminu, rolę ojca oraz powtarzane, kumulujące się rozłąki, nie tylko jedną długą separację.

W 1980 roku pierwszy Światowy Kongres Psychiatrii Niemowląt odbył się pod znakiem pamięci Spitza. Hospitalism uznano wtedy za punkt wyjścia całej psychiatrii niemowlęcej.

Dziś szwajcarscy badacze chcą połączyć dane sprzed dekad z oceną tych samych osób w dorosłości i po 60. roku życia. Chcą sprawdzić, jak wczesna deprywacja odciska się na całym ludzkim życiu.

Wybrane dla Ciebie