Kamienne konie
30 marca 1748 roku ktoś w Londynie zamieścił w gazecie wzmiankę o kobiecie spotkanej przy kamiennych koniach. Liczył na kolejną okazję do rozmowy. 63 lata później sytuację powtórzył mężczyzna z Gracechurch Street. Próbował odnaleźć nieznajomą, z którą zamienił zaledwie parę słów.
Dziś nazwalibyśmy te notki zaginionymi kontaktami. Dowodzą, że prasa od dawna łączyła ludzi, którzy zgubili się z oczu w tłumie wielkiego miasta.
Żona pilnie
Nie każdy anons pachniał romansem. Charles Warren z Marnhull w Dorset w 1832 roku otwarcie szukał żony do prowadzenia domu i opieki nad dziećmi. Traktował małżeństwo jak rozwiązanie praktycznego problemu, nie sprawę serca.
34 lata później anonimowy mężczyzna z Sheffield poszedł dalej. Drobiazgowo opisał wygląd i charakter wymarzonej kandydatki oraz sumę, jaką mógł zaoferować w zamian za jej zgodę.Taki anons przypominał raczej katalog towarów niż wyznanie uczuć.
Gazeta biznes
Londyn traktował personalsy jak marginalny dodatek. Nowy Jork zrobił z nich element całego modelu biznesowego.
Benjamin H. Day uruchomił 3 września 1833 roku dziennik "The Sun". Kosztował jednego centa i trafiał do robotników oraz drobnych urzędników, których wcześniejsza prasa ignorowała. Rok później tytuł miał już największy nakład w kraju.
Sukces zawdzięczał sensacyjnym historiom, lokalnym wiadomościom i armii chłopców sprzedających gazety na rogach ulic.
Yes Virginia
W 1868 roku redakcję przejął Charles A. Dana. Przesunął akcent z kryminałów na publicystykę i historie o zwykłych ludziach, otwierając więcej miejsca na listy czytelników i osobiste anonse.
W tej atmosferze w 1897 roku redaktor Francis P. Church odpowiedział na list małej Virginii O'Hanlon, która pytała, czy Święty Mikołaj istnieje. Tekst zaczynający się od słów "Yes, Virginia, there is a Santa Claus" stał się jednym z najczęściej przedrukowywanych artykułów w historii amerykańskiej prasy.
Kolumna agonii
Pod koniec XIX wieku brytyjski dział ogłoszeń zyskał ponury przydomek "agony column". Zamiast prostych ofert matrymonialnych skupiał samotność, porzucenie i rodzinne dramaty.
Moraliści protestowali głośno. Byli przekonani, że taka rubryka otwiera drogę do oszustw i wykorzystywania młodych kobiet, zwłaszcza tych, które przyjechały do miasta same, bez rodzinnego oparcia.
Strach przed anonimowością metropolii mieszał się z realną troską o bezpieczeństwo dziewcząt bez ochrony.
Szyfr miłości
Po I wojnie światowej tysiące kobiet zostało wdowami, a społeczeństwo od nowa układało relacje między płciami. W 1915 roku Alfred Walter Barrett założył pismo "The Link", zbudowane w całości wokół ogłoszeń osobistych.
Publikacja miała osobne rubryki dla kobiet, cywilów oraz żołnierzy i marynarzy. Odpowiadała ludziom, którzy stracili bliskich albo wrócili z frontu do zupełnie innego świata.
W latach 20. pojawiły się na jej łamach zaszyfrowane ogłoszenia osób tej samej płci. Pisano je językiem zrozumiałym tylko dla wtajemniczonych, bo prawo i opinia publiczna nie dawały im innej drogi.
Kobieta traktor
Rynek prasowy zmieniał się szybciej niż formuła anonsów. 5 stycznia 1950 roku "The Sun" połączył się z "New York World-Telegram", kończąc ponad sto lat samodzielnego istnienia tytułu, który zaczął rewolucję prasy za centa.
Sama idea osobistego ogłoszenia przetrwała dłużej niż konkretne gazety. Zmieniła się tylko tonacja. W 1957 roku kawaler z Pensylwanii żartobliwie oznajmił, że szuka kobiety z traktorem, otwarcie parodiując dawne poważne kalkulacje majątkowe.
14 lat później skazany z więzienia San Quentin w Kalifornii zamieścił ogłoszenie do kobiet niepasujących do mieszczańskich norm. Pisał językiem kontrkultury, dalekim od romantycznych formuł.
Koniec eufemizmów
Najdalej poszli czytelnicy "New York Review of Books". Między 1971 a 2008 rokiem zamieszczali coraz odważniejsze anonse, mówiące wprost o relacjach i seksie, bez zawstydzenia i eufemizmów wcześniejszych dekad.
Droga od londyńskiej notki o kobiecie przy kamiennych koniach do jawnych ogłoszeń erotycznych w poważnym literackim magazynie zajęła ponad dwa wieki. Mechanizm został ten sam.
Gazeta wciąż była miejscem, gdzie samotny człowiek mógł publicznie powiedzieć, kogo właściwie szuka.