Sataniści w przedszkolu? Sprawa, która wstrząsnęła USA

W latach 80. XX wieku pracowników kalifornijskiego przedszkola McMartin oskarżono o wykorzystywanie seksualne dzieci i udział w satanistycznych obrzędach. Według niektórych relacji na terenie placówki miały nawet istnieć tajne podziemne tunele. Sprawa wywołała ogromne poruszenie w Stanach Zjednoczonych i doprowadziła do wieloletnich procesów. Ostatecznie nikt nie został skazany, a sposób przesłuchiwania dzieci stał się przedmiotem badań psychologów.

Ilustracja poglądowaIlustracja poglądowa
Źródło zdjęć: © Pexels - darmowy dostęp | Helena Lopes

Sensacyjne relacje

W sierpniu 1983 roku Judy Johnson zgłosiła się na policję w Manhattan Beach w Kalifornii. Podejrzewała, że jej kilkuletni syn został wykorzystany seksualnie przez jednego z pracowników przedszkola McMartin. Wskazała Raya Buckeya, wnuka założycielki placówki. Policja rozpoczęła dochodzenie, które wkrótce objęło także innych pracowników i dzieci uczęszczające do przedszkola.

We wrześniu funkcjonariusze wysłali list do około 200 rodziców. Poinformowali ich o podejrzeniach wobec Buckeya i poprosili, aby porozmawiali ze swoimi dziećmi. Chcieli ustalić, czy również one mogły paść ofiarą przestępstwa albo być jego świadkami.

Problem polegał na tym, że list zawierał szczegółowe opisy domniemanych czynności seksualnych i innych zachowań podejrzanego. Rodzice poznali więc konkretne zarzuty, zanim zapytali dzieci o ich doświadczenia. Policja prosiła jednocześnie o zachowanie sprawy w tajemnicy, aby nie wywoływać niepokoju wśród mieszkańców.

W kolejnych miesiącach pojawiały się coraz bardziej niezwykłe relacje. Mówiono już nie tylko o wykorzystywaniu seksualnym, lecz także o satanistycznych obrzędach, krzywdzeniu zwierząt i podziemnych tunelach, którymi sprawcy mieli przemieszczać się niezauważeni. Podejrzenia objęły grupę dorosłych, którzy rzekomo wspólnie dopuszczali się przestępstw na terenie przedszkola.

Rozmowy z dziećmi

Dzieci kierowano do Children's Institute International, organizacji zajmującej się pomocą ofiarom przemocy. Rozmowy prowadziła m.in. konsultantka Kee MacFarlane. Część spotkań nagrywano, dzięki czemu późniejsi badacze mogli przeanalizować nie tylko wypowiedzi dzieci, ale również pytania zadawane przez dorosłych.

Nagrania wzbudziły poważne wątpliwości. Krytycy zwracali uwagę, że prowadzący wielokrotnie powtarzali pytania, sugerowali odpowiedzi i powoływali się na to, co miały powiedzieć inne dzieci. Zdarzało się również, że chwalili rozmówców za potwierdzanie określonych podejrzeń, natomiast zaprzeczenia nie zawsze przyjmowali za ostateczną odpowiedź.

W takich warunkach dziecko mogło uznać, że powinno zmienić swoją relację, aby zadowolić dorosłego. Powtarzanie pytań i sugerowanie oczekiwanych odpowiedzi utrudniało ocenę, które wypowiedzi wynikały z własnych wspomnień, a na które mógł wpłynąć sposób prowadzenia rozmowy.

W 1998 roku psycholożka Sena Garven wraz ze współautorami opublikowała wyniki eksperymentu dotyczącego tego problemu. Badacze wykorzystali techniki wzorowane na wywiadach ze sprawy McMartin, aby sprawdzić, czy mogą one skłonić dzieci do wysuwania fałszywych oskarżeń wobec osoby odwiedzającej przedszkole.

W grupie 36 dzieci, wobec których zastosowano takie metody, odsetek fałszywych oskarżeń wyniósł 58 proc. Dla porównania w grupie 30 dzieci, którym zadawano jedynie sugestywne pytania, było to 17 proc. Badanie nie rozstrzygało, czy relacje dzieci z przedszkola McMartin były prawdziwe. Pokazywało natomiast, jak silnie przebieg rozmowy może wpływać na składane przez nie oświadczenia.

Siedmioro oskarżonych

W 1984 roku zarzuty postawiono siedmiu osobom związanym z przedszkolem. Wśród oskarżonych znaleźli się Ray Buckey, jego matka Peggy McMartin Buckey oraz Virginia McMartin, założycielka placówki. Przedszkole zamknięto, a sprawą zainteresowały się media w całych Stanach Zjednoczonych.

W telewizji i prasie szeroko opisywano doniesienia o wykorzystywaniu dzieci i rzekomych satanistycznych obrzędach. Oskarżenia wywoływały ogromne emocje, choć nie zostały jeszcze rozpatrzone przez sąd. Tymczasem prowadzone postępowanie przeciągało się na kolejne lata.

W styczniu 1986 roku prokuratura wycofała zarzuty wobec pięciorga oskarżonych. Przed sądem mieli odpowiadać już tylko Ray Buckey i jego matka Peggy. Ich proces rozpoczął się w 1987 roku i trwał ponad dwa lata. Ray spędził około pięciu lat w areszcie, zanim został zwolniony za kaucją.

18 stycznia 1990 roku ława przysięgłych uniewinniła Peggy ze wszystkich zarzutów. Raya również uniewinniono od części zarzutów, jednak w pozostałych trzynastu przypadkach przysięgli nie zdołali osiągnąć jednomyślności. Nie wydano więc w ich sprawie ostatecznego rozstrzygnięcia.

Prokuratura zdecydowała się ponownie postawić Buckeya przed sądem. W lipcu 1990 roku także druga ława przysięgłych nie zdołała uzgodnić werdyktu. Po tym niepowodzeniu oskarżyciele zrezygnowali z dalszego prowadzenia sprawy. Mimo wieloletniego postępowania żadna z siedmiu oskarżonych osób nie została skazana.

Panika nie kończyła się na McMartin

Oskarżenia wobec pracowników McMartin pojawiły się w okresie, gdy w Stanach Zjednoczonych narastały obawy przed działalnością satanistycznych sekt. Podobne podejrzenia dotyczyły również innych przedszkoli i placówek opiekuńczych. W mediach pojawiały się doniesienia o tajnych organizacjach, których członkowie mieli wykorzystywać dzieci podczas obrzędów.

W 1992 roku agent FBI Kenneth V. Lanning przygotował opracowanie poświęcone takim przypadkom. Wskazywał, że nie znaleziono wiarygodnego potwierdzenia istnienia rozległej sieci satanistycznych organizacji odpowiedzialnych za opisywane przestępstwa. Zalecał śledczym, aby sprawdzali zgromadzone dowody i rozważali różne wyjaśnienia, zamiast z góry zakładać udział tajnej sekty.

Lanning nie twierdził przy tym, że przemoc seksualna wobec dzieci nie występuje ani że wszystkie oskarżenia są fałszywe. Ostrzegał przed koncentrowaniem śledztwa na rzekomych rytuałach kosztem ustalenia, czy rzeczywiście doszło do przestępstwa i kto mógł je popełnić.

Sama sprawa McMartin również doczekała się odmiennych interpretacji. Badacz Ross E. Cheit kwestionował przedstawianie jej wyłącznie jako przykładu bezpodstawnych oskarżeń. Jego zdaniem poszczególne dowody należało rozpatrywać osobno, bez automatycznego odrzucania wszystkich relacji dzieci.

Psychologowie skupili się natomiast na tym, jak sposób zadawania pytań wpływa na pamięć i odpowiedzi najmłodszych świadków. W eksperymencie opublikowanym w 2000 roku uczestniczyło 120 dzieci w wieku od pięciu do siedmiu lat. Badacze sprawdzali, czy pochwały oraz informacje o rzekomych wypowiedziach innych osób mogą skłaniać dzieci do potwierdzania zdarzeń, które nigdy nie miały miejsca.

Pytano je m.in. o zabranie ze szkoły śmigłowcem. Część dzieci potwierdzała takie nieprawdziwe historie, a niektóre powtarzały je również podczas kolejnej rozmowy, kiedy prowadzący nie stosowali już wcześniejszych sugestii. Wyniki wskazywały, że wpływ sposobu przesłuchiwania na wypowiedzi dziecka może utrzymywać się także po zakończeniu pierwszego wywiadu.

Wybrane dla Ciebie