Początek lęku
Leonarda Cianciulli przyszła na świat w Montelli, niewielkiej miejscowości w górzystym regionie Irpinia. Dla wielu mieszkańców świat kończył się na okolicznych wzgórzach, a codzienność wyznaczały ciężka praca, bieda i strach przed tym, czego nie dało się wyjaśnić.
Wróżby, uroki i złe moce nie były tu ludowymi opowieściami. Dla wielu stanowiły część rzeczywistości. W takim świecie dorastała Leonarda.
Relacje z matką były trudne, a rodzinny dom nie dawał jej poczucia bezpieczeństwa. Z każdym kolejnym doświadczeniem coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że ludzkim losem rządzą niewidzialne siły. Wierzyła, że przed nieszczęściem można się uchronić tylko wtedy, gdy zdoła się przebłagać przeznaczenie.
Dorosłość nie przyniosła ukojenia. Zaszła w ciążę 17 razy. Trzy ciąże zakończyły się poronieniem, a dziesięcioro dzieci zmarło jeszcze w niemowlęctwie. Dorosłości doczekało tylko czworo.
Każda kolejna strata pogłębiała jej lęk. Z czasem była przekonana, że nad rodziną ciąży fatum. Coraz mocniej wierzyła, że los zawsze domaga się zapłaty, a życie własnych dzieci można ocalić tylko wtedy, gdy otrzyma coś w zamian.
W 1930 roku trzęsienie ziemi zniszczyło rodzinny dom w Irpinii i zmusiło Cianciulli, jej męża oraz dzieci do wyjazdu. Rodzina osiedliła się w Correggio, spokojnym miasteczku w Emilii-Romanii. Przeprowadzka miała być szansą na nowy początek.
Nikt z nowych sąsiadów nie mógł jeszcze wiedzieć, że kilka lat później właśnie to niewielkie miasteczko stanie się miejscem jednej z najgłośniejszych spraw kryminalnych w historii Włoch.
Zaufanie sąsiadek
W Correggio Leonarda szybko odnalazła swoje miejsce. Handlowała używaną odzieżą, ale z czasem coraz więcej osób przychodziło do niej z zupełnie innych powodów. Jedni chcieli poznać przyszłość, inni prosili o zdjęcie uroku albo radę w rodzinnych sprawach.
Wieść o kobiecie, która potrafi spojrzeć głębiej niż inni, rozeszła się po okolicy błyskawicznie. Drzwi jej domu niemal się nie zamykały. Sąsiadki zwierzały się z problemów, opowiadały o kłopotach małżeńskich, chorobach i lękach. Leonarda słuchała uważnie. Zyskała opinię osoby, której można było powierzyć największe tajemnice.
Nikt nie przypuszczał, że właśnie to zaufanie stanie się jej najgroźniejszą bronią. Najstarszy syn Giuseppe został powołany do wojska. Dla większości włoskich rodzin była to bolesna, ale zwyczajna konsekwencja wojny. Leonarda widziała to inaczej.
Była przekonana, że los domaga się zapłaty. Jeśli ktoś umrze zamiast jej dzieci, one przeżyją.To przekonanie z czasem przerodziło się w obsesję.
Między 1939 a 1940 rokiem zaczęła wyszukiwać ofiary. Wybierała samotne kobiety, często pozbawione bliskiej rodziny, których nagłe zniknięcie nie musiało od razu wzbudzić alarmu.
Każdej opowiadała inną historię. Jednej obiecywała małżeństwo, innej dobrze płatną pracę albo szansę na nowe życie w innym mieście. Wszystkie prosiła o zachowanie tajemnicy.
Zanim wychodziły z domu Leonardy po raz ostatni, pisały listy do bliskich. Informowały w nich, że dobrowolnie wyjeżdżają i proszą, by ich nie szukać. Cianciulli namawiała je również do przekazania jej pełnomocnictw do majątku lub pozostawienia wskazówek dotyczących swoich spraw. Kiedy znikały, wszystko wyglądało tak, jakby po prostu wyjechały.
Pierwszą ofiarą była Faustina Setti. Potem zginęła Francesca Soavi. Ostatnią była Virginia Cacioppo, była śpiewaczka operowa. 30 listopada 1940 roku Leonarda zwabiła ją do swojego domu, przekonując, że czeka na nią praca u impresaria teatralnego we Florencji.Virginia już nigdy stamtąd nie wyszła.
Po każdym zabójstwie Cianciulli rozczłonkowywała ciało i rozpuszczała jego fragmenty w mieszaninie sody kaustycznej, ałunu oraz smoły greckiej. Powstawała substancja przypominająca mydło. Krew suszyła, mieliła i dodawała do wypieków. Jak później zeznała, wierzyła, że w ten sposób zapewnia swoim dzieciom ochronę przed kolejnym nieszczęściem.
Śledztwo i proces
Zaginięcie Virginii Cacioppo od początku budziło wątpliwości. Jej bliscy nie uwierzyli, że kobieta nagle postanowiła zerwać wszystkie kontakty i wyjechać bez słowa. Pożegnalny list nie rozwiał ich podejrzeń. Wręcz przeciwnie, wydawał się zbyt starannie przygotowany.
Sprawą zajęła się policja w Reggio Emilia. Śledztwo prowadził komisarz Serrao. Początkowo trudno było uwierzyć, że za zaginięciem może stać niepozorna kobieta znana w okolicy z wróżb i pomocy sąsiadkom.
Coraz więcej tropów prowadziło jednak do Leonardy Cianciulli. Jednym z najważniejszych okazał się bon skarbowy należący do Virginii Cacioppo. Dzięki pracownikom banku, księdzu Frattiniemu i Abelardowi Spinabello śledczy odtworzyli jego historię.
Wkrótce zainteresowali się również Giuseppe, synem Leonardy, który z Piacenzy wysyłał listy mające przekonać bliskich Virginii, że kobieta żyje i nic złego się z nią nie stało.
Leonarda zrozumiała, że śledztwo coraz bardziej zbliża się do jej rodziny. Najbardziej obawiała się, że konsekwencje poniesie syn. Wtedy zdecydowała się mówić.
Podczas przesłuchań szczegółowo opisała sposób, w jaki wyszukiwała ofiary, zdobywała ich zaufanie, a później zabijała i pozbywała się ciał. Nawet doświadczeni śledczy byli zaskoczeni spokojem, z jakim opowiadała o swoich zbrodniach.
Głośny wyrok
Proces rozpoczął się 12 czerwca 1946 roku i trwał do 20 lipca. Wzbudził ogromne zainteresowanie we Włoszech. Sala sądowa każdego dnia wypełniała się dziennikarzami i ciekawskimi, którzy chcieli zobaczyć kobietę, o której mówił cały kraj.
Jednym z najważniejszych punktów procesu była opinia psychiatry Filippa Saporita. Lekarz uznał, że Cianciulli cierpiała na psychozę histeryczną i w chwili popełniania zbrodni była niepoczytalna. Sąd nie podzielił jednak tej opinii w całości.
Ostatecznie uznano ją za osobę o ograniczonej poczytalności. Odpowiedziała za trzy zabójstwa i została skazana na 30 lat więzienia oraz 3 lata pobytu w zakładzie psychiatrycznym.
Po zakończeniu procesu trafiła do zakładu w Aversie. Tam spisała około 800 stron wspomnień i listów. Dziś stanowią one jedno z najważniejszych źródeł dla badaczy zajmujących się historią tej sprawy.
Zmarła 15 października 1970 roku w Pozzuoli po udarze mózgu. Pochowano ją w bezimiennym grobie dla ubogich. Po latach jej szczątki przeniesiono do ossuarium.