Zgubili drogę i utknęli w śniegu. Wyjazd skończył się tragedią

Pod koniec listopada 2006 roku James i Kati Kimowie wraz z dwiema małymi córkami utknęli na zaśnieżonej drodze w górach Oregonu. Przez ponad tydzień czekali na ratunek, zmagając się z zimnem i brakiem żywności. W końcu James postanowił pieszo poszukać pomocy. Dwa dni później odnaleziono jego żonę i dzieci. On sam nie wrócił. Jego ciało znaleziono w górskim potoku.

Ilustracja poglądowaIlustracja poglądowa
Źródło zdjęć: © Pexels - darmowy dostęp | Gözde Vanlı

Odludne miejsce

W listopadzie 2006 roku rodzina Kimów wybrała się w podróż po północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych. James miał 35 lat i pracował jako dziennikarz w serwisie technologicznym CNET. Jego żona Kati prowadziła dwa niewielkie sklepy. Podróżowali z dwiema córkami: czteroletnią Penelope i siedmiomiesięczną Sabine.

Święto Dziękczynienia spędzili w Seattle, a następnie ruszyli w dalszą drogę. 25 listopada wyjechali z Portland do Gold Beach, nadmorskiej miejscowości w Oregonie, gdzie planowali nocleg.

Po drodze przeoczyli jednak właściwy zjazd. Zamiast zawrócić, sprawdzili papierową mapę i wybrali inną trasę, prowadzącą przez górzyste okolice Bear Camp Road.

Na większej wysokości natrafili na śnieg. Próbując ominąć trudny odcinek, skręcili w boczną drogę leśną. Zapadała noc, a warunki pogodowe coraz bardziej utrudniały jazdę.

W końcu musieli się zatrzymać. Znaleźli się w odludnym miejscu, daleko od zabudowań i uczęszczanych tras.

Sytuacja się pogarsza

Początkowo Kimowie ogrzewali wnętrze samochodu, uruchamiając silnik. Kiedy skończyło się paliwo, zaczęli rozpalać ogniska. Z czasem spalili nawet opony, próbując w ten sposób zapewnić sobie ciepło. Liczyli również, że unoszący się dym zwróci uwagę osób, które mogłyby ich szukać.

Sytuację pogarszały kurczące się zapasy żywności. Kati karmiła piersią nie tylko siedmiomiesięczną Sabine, ale również starszą córkę, Penelope. Rodzice robili wszystko, aby dziewczynki przetrwały kolejne dni w górach.

Kimowie mieli telefony komórkowe, jednak w miejscu, w którym utknęli, nie mogli nawiązać połączenia. Tymczasem bliscy i współpracownicy, zaniepokojeni brakiem wiadomości, rozpoczęli poszukiwania. Próbowali odtworzyć trasę podróży, korzystając m.in. z informacji o płatności w restauracji. Nadal jednak nie wiedzieli, gdzie rodzina skręciła w boczną drogę.

2 grudnia, po tygodniu oczekiwania na pomoc, James zdecydował się wyruszyć pieszo. Na podstawie mapy oszacował, że do miejscowości Galice ma około 6,5 kilometra. W rzeczywistości dzieliły go od niej mniej więcej 24 kilometry.

Przed odejściem rozpalił jeszcze ogień dla żony i dzieci. Obiecał Kati, że jeśli nie uda mu się znaleźć pomocy, wróci tego samego dnia. Kobieta została z córkami przy samochodzie.

Pomocny trop

W ustaleniu miejsca pobytu rodziny pomogli inżynierowie Eric Fuqua i Noah Pugsley z firmy Edge Wireless. Zaczęli analizować dane sieci komórkowej, szukając śladów aktywności telefonów należących do Kimów.

Okazało się, że nad ranem 26 listopada jeden z telefonów na krótko połączył się automatycznie ze stacją bazową w okolicach Glendale i odebrał wiadomości. Nie była to rozmowa z ratownikami, ale w systemie pozostał zapis, który pomógł ustalić, gdzie mogło znajdować się urządzenie.

Inżynierowie porównali dane z mapami i ukształtowaniem terenu. Nie mogli wskazać dokładnego położenia samochodu, ale zdołali zawęzić obszar poszukiwań.

4 grudnia lokalny pilot John Rachor dostrzegł z powietrza Kati i dziewczynki przy leśnej drodze. Kobieta próbowała zwrócić uwagę poszukujących za pomocą parasola, do którego przymocowała odblaskową taśmę.

Pilot przekazał ratownikom położenie rodziny. Na miejsce wysłano śmigłowiec, którym przewieziono matkę i obie córki do szpitala. Kobieta z dziećmi spędziła w górach około dziewięciu dni.

Jamesa nie było jednak przy samochodzie. Od jego wyjścia minęły już dwa dni, a żona nadal nie wiedziała, co się z nim stało.

Okoliczności śmierci mężczyzny

Po odnalezieniu Kati i dziewczynek ratownicy skoncentrowali się na poszukiwaniach Jamesa. Przeczesywali górskie drogi, zbocza i wąwozy. W kilku miejscach natrafili na pozostawione przez niego części odzieży. Przypuszczali, że mężczyzna mógł celowo zostawiać je na trasie marszu, aby ułatwić poszukującym odnalezienie go.

James pokonał wiele kilometrów w trudnym terenie. W pewnym momencie zszedł z drogi do wąwozu i znalazł się w okolicach potoku Big Windy Creek, niedaleko rzeki Rogue. Nie dotarł jednak do miejsca, w którym mógłby uzyskać pomoc.

6 grudnia ratownicy wypatrzyli jego ciało ze śmigłowca. Leżało w płytkiej wodzie potoku. Początkowo przypuszczano, że mężczyzna przeszedł ponad 16 kilometrów, ale później okazało się, że pokonał znacznie większą odległość.

Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci było wychłodzenie organizmu. Nie stwierdzono obrażeń, które uniemożliwiałyby mu dalszy marsz. Lekarz nie był jednak w stanie dokładnie określić, kiedy James zmarł.

Kati i dziewczynki opuściły szpital 5 grudnia, dzień przed odnalezieniem jego ciała. Mimo wielodniowego pobytu w górach były w dobrym stanie.

Po tragedii przeanalizowano przebieg akcji poszukiwawczej. W raporcie opublikowanym w styczniu 2007 roku wskazano problemy z koordynacją działań, przekazywaniem informacji i organizacją pracy ratowników. Nie udało się jednak rozstrzygnąć, czy sprawniejsze prowadzenie poszukiwań pozwoliłoby ocalić Jamesa.

Wybrane dla Ciebie